Leżysz. Oddychasz. Nie ruszasz się.
Zmęczenie dopadło ostatnie siły, które miałeś, w pułapkę, z której nie da się wydostać. Brak myśli. Biały sufit. Jakby za mgłą.
Zamykasz oczy. Nie, jeszcze nie. Jeszcze tyle trzeba zrobić. Jeszcze tyle przeżyć. Jeszcze tyle. Ciążą ci powieki. Świat odpływa za mgłę.
Nie, jeszcze nie. Jeszcze tyle wschodów słońca, jeszcze tyle zachodów.
Sen opanowuje twe ciało. Powoli odpływasz w krainę Morfeusza. Błogi spokój. Odpoczynek już bliski.
Jeszcze nie... Jeszcze...
Śpisz.
niedziela, 25 września 2011
piątek, 23 września 2011
Wiara wierze nierówna
Czy jesteś dobrym człowiekiem? Czy cenisz sobie prawdę?
A skłamać musisz.
Czy wierzysz? Czy z Bogiem rozmawiasz?
A ważniejszy jest papierek.
Czy cenisz sobie ideały? Czy z nich nie rezygnujesz?
A i tak ważniejsze będzie "co ludzie powiedzą".
Więc moja wiara idzie w góry. Więc moja wiara idzie do lasu. Więc moja wiara płynie rzeką.
I omija wielkie gmachy pełne hipokryzji.
A skłamać musisz.
Czy wierzysz? Czy z Bogiem rozmawiasz?
A ważniejszy jest papierek.
Czy cenisz sobie ideały? Czy z nich nie rezygnujesz?
A i tak ważniejsze będzie "co ludzie powiedzą".
Więc moja wiara idzie w góry. Więc moja wiara idzie do lasu. Więc moja wiara płynie rzeką.
I omija wielkie gmachy pełne hipokryzji.
Ze starej szuflady - [Bez tytułu]
To będzie dziwna historia. Miłości, a jednak z miłością niemająca nic wspólnego. Niby przyjaźni, aczkolwiek przyjaźnią tego nazwać nie można. Nadziei, ale pełna zwątpienia. Spokojna w swej wybuchowości. Tragiczna, ale jednak z happy endem. Prosta, lecz tylko w swej złożoności. Niby normalna, ale jednak dziwna. I sprzeczna w swej niesprzeczności. Tak, to będzie bardzo specyficzna historia, która zaczęła się na wiele lat przed swym początkiem…
A początkiem był pewien senny, wiosenny poranek, kiedy wiele było chmur na niebie, ale oślepiające słońce uniemożliwiało poruszanie się bez ciemnych okularów. Niby nic dziwnego. Była ona i był on. I tak to się działo. Spytacie pewnie jak. Ale przecież to już dłuższa historia. Grunt, że byli oni i byli razem. Ponadto szczęśliwi i zapatrzeni w siebie. Nie trwało to długo, ale wszyscy sądzili, że są razem od lat. Bo tak właśnie miało być. Najprawdopodobniej. Ona kochała jego. On kochał ją.
A jak się zaczęło? Od wielu wyrzeczeń, wyborów, kłótni, godzenia się, spazmów i śmiechów, pomocy i deptania siebie i innych. Zaczęło się, gdy ona była nastolatką i nawet nie wiedziała, że on istnieje. Stało przed nią wiele wyborów, z których tylko jedna konkretna kombinacja mogła ją skierować w jego ramiona. Z drugiej jednak strony przeznaczenie bez względu na jej wybory wepchnęłoby ją tam. Bo tam było jej miejsce. Ale by nie zgubić wątku wróćmy do tego jak to się zaczęło. A więc pewnego dnia ona poznała tamtą. Tamta nie wyróżniała się na pozór niczym. Lubiła czytać książki, słuchała muzyki, trochę zamknięta w sobie, a jednak otwarta. Sama sobie zaprzeczała i nie wyglądało na to, żeby miała się z nią zaprzyjaźnić. A jednak pewien wyjazd i pewne sekretne rozmowy, a także pewne wydarzenie zbliżyły je do siebie. Dlaczego? Pewnie dlatego, że ona podświadomie wybierała ludzi najbardziej pokręconych. A owe wydarzenie w zasadzie każdego z Was upewniłoby o tym, że tamta normalna nie była. Chociaż przecież nikt z Was nie nazwałby jej wariatką. Po prostu była specyficzna. I rozpoczęła się przyjaźń. Burzliwa, pełna wzlotów i upadków.
poniedziałek, 19 września 2011
Gdy jesień kolorami obsypie świat cz. 3
Nim dotarła do pracy, zdążyła zapomnieć o dziwnym staruszku z autobusu. Miała niezwykłą umiejętność ignorowania zdarzeń i osób, które mogły zaburzyć jej idealnie uporządkowany świat. Powróciła więc szybko do swojej codzienności, postanawiając nie rozpamiętywać zdarzenia z poranka i żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło.
Już koło południa jednak ponownie zaburzono jej rytm dnia. Co dzień o 12:15 wychodziła na lunch do baru na przeciwko jej biura. Co dzień zamawiała sałatkę i wodę niegazowaną. Co dzień siadała przy tym samym stoliku, na tym samym krześle. Tego dnia jednak, wyszła na lunch pół godziny później, ponieważ po drodze zatrzymał ją szef, mający pretensje o nieskończoną pracę. Brakowało mu jakiś dokumentów. Jakby pamiętała, o jakie chodzi. Przecież zajmowała się nimi tydzień wcześniej.
Gdy weszła do baru, stanęła w dłuższej niż zwykle kolejce. Spowodowało to jej głębokie niezadowolenie. Przecież miała wyliczoną każdą minutę na lunch. Teraz nie zdąży zjeść do końca sałatki!
Kiedy doszła do kasy, zauważyła innego niż co dzień sprzedawcę.
- Wspaniale - pomyślała - teraz będę mu miesiąc tłumaczyć, co chcę zamówić.
Miesiąca być może to nie zajęło, aczkolwiek wystarczająco dużo czasu, by poziom jej irytacji sięgnął zenitu. Otrzymawszy swój posiłek, skierowała się w stronę stolika, przy którym co dzień siadała. Był zajęty.
Siedział przy nim młody chłopak. Miał długie ciemne, włosy, opadające na twarz. Poszarpane nogawki jeansów, niechlujnie leżały na podłodze. Skórzana kurtka wisiała na poręczy. Na jego tacce stała butelka coli i hot-dog. Chłopak miał na oko szesnaście, może siedemnaście lat.
- Przepraszam bardzo, ale to mój stolik - zwróciła się do niego tak grzecznie, na ile mogła się zdobyć.
- Nie widzę, żeby był podpisany - odparł chłopak.
Siedział dalej, ani myśląc się ruszyć. Westchnęła głośno. Przecież to niemożliwe, żeby wszystko było przeciwko niej.
- Tak, ale ja tu codziennie siadam. To mój stolik. Zawsze przy nim jadam. - spróbowała jeszcze raz, pokojowym tonem.
- Ale dziś ja przy nim siedzę. Niech pani usiądzie gdzie indziej. - nawet na nią nie spojrzał, zaczytany w jakąś książkę.
Była zła. Straciła już mnóstwo czasu. Była poirytowana. Znów zakłócano jej uporządkowane życie. A tego naprawdę nie znosiła. Być może upór zbyt często wygrywał u niej z rozsądkiem. Nie przywykła jednak, by nie otrzymywać tego, co chciała. A to akurat, czego pragnęła w tym momencie, to zjeść przy swoim stoliku. Swój lunch. Tak, jak co dzień. Bo przecież jest jak co dzień. Nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Prawda?
- Nie mogę usiąść gdzie indziej! To jest mój stolik. Codziennie przy nim jadam i dziś też chcę tu spożyć mój posiłek - powoli zaczynała się robić naprawdę zła.
- W takim razie muszę panią zmartwić - spojrzał jej prosto w oczy - nie dostanie pani tego, czego pani chce.
Położył książkę, którą czytał, na stoliku. "Wiatr zmian" R. H. Gray.
niedziela, 18 września 2011
Świt jasny nadszedł
Ciemność otacza świat.
Księżyc widnieje na niebie rysując cienie na asfaltowej drodze prowadzącej na wschód. Na horyzoncie niebo zaczyna szarzeć. W powietrzu czuć chłód poranka. Rosa osadzona na trawie głaszcze bose stopy. Słychać pierwszy świergot ptaka. Niebo robi się czerwone tam, na krańcu drogi. Wieje zimny wiatr, szumiąc liśćmi na drzewach.
Powoli podnosi się nocna mgła, zaległa na polach. Gdzieś w dali szczeka pies. Ptaki rozpoczynają poranny koncert. Wieje wiatr, wschodzi słońce, znikają gwiazdy. Księżyc wita się ze słońcem i rusza na zasłużony odpoczynek.
Chłód się zmniejsza, rosa schnie, słońce wstaje co raz wyżej. Mgła znikła, wiatr rozpoczął swą wędrówkę.
Nastał nowy dzień.
piątek, 16 września 2011
Ze starej szuflady - Pustka
Pustka.
Tak to wszystko się zaczęło. W jej umyśle nie było nic oprócz wciąż rodzących się pytań, na które nie było odpowiedzi. Uczucia? Jakie uczucia? Tego, co w środku dawało o sobie znać, nie potrafiła nazwać żadnymi słowami. Przecież to nie była złość, nie była to nienawiść, nawet obojętnością trudno byłoby to nazwać. A jednak siedziało w środku, zadomowiło się, można by powiedzieć, w niej samej, w umyśle, w sercu. I już wiedziała, że odtąd nie uda jej się zapomnieć o istnieniu tego czegoś. Wiedziała, że bez względu na wszystko to pozostanie z nią. Być może schowa się, nakaże zapomnieć o sobie. Ale przecież nie zmieni to faktu istnienia. Bóg dał, Bóg tylko może zabrać. A On zabiera tylko to, co dobre.
*
Ranek, godzina 4.
Ciemność. Pora dnia, w której widać tylko noc. Zimno, przeszywający mróz kujący w twarz. Cisza, którą można usłyszeć. Sen ogarniający miliony umysłów. I tylko jeden szczegół burzący porządek świata. Naga dziewczyna na brzegu rzeki, skulona, jakby chciała się uchronić przed złem, które nią zawładnęło. I jej oczy wyrażające pustkę, nicość, nic jeszcze bardziej nieistniejące… Martwą ciszę, w którą odeszła na wieki. Wiatr delikatnie rozwiewał jej długie ciemne włosy, grając żałobną melodię na liściach drzew. Dłoń zaciśnięta na świstku papieru, który niegdyś wydawał się tak ważny, opadła utraciwszy siły. Śmierć unosiła się w powietrzu wszechobecną mgłą…
*
Panicznie bała się żyć. Skulona w kącie pokoju drżała ze strachu. Był środek nocy. Nie miała koszmaru. Nie spotkało jej nic tragicznego. Nie była też małym dzieckiem, które boi się potwora w szafie.
Regina była dorosłą kobietą średniego wzrostu, o brązowych włosach i piwnych oczach. Cały jej wygląd, o co dbała każdego dnia, sprawiał, że nie wyróżniała się z tłumu. Miała 25 lat i niedawno skończyła studia. Była samotna. Jedyną istotą, którą darzyła bezgranicznym zaufaniem, a także jedyną, która zawsze jej wysłuchała, był jej kot, którego nazwała Kiss. Miała sporo znajomych, jednak żadnego nie nazwałaby przyjacielem. Postawienie muru obronnego, za którym schowała większość swojej osobowości oraz wszelkie uczucia, uznała za prostszą oraz pewniejszą drogę, niż powierzanie swej duszy, swych myśli drugiemu człowiekowi. Nie miała również dobrego kontaktu z rodzicami, ponieważ zawsze krytykowali jej decyzje. Było w jej życiu kilku mężczyzn, jednak nigdy żadnemu nie zaufała ani nie oddała swego serca. Między sobą a nimi również budowała mur obronny, bo wiedziała, że potrafią ranić bardziej niż najlepsi przyjaciele. Każdy więc, po kolei, zarzucał jej brak zaangażowania i odchodził. A ona przyjmowała to z taką samą obojętnością, jak pojawianie się ich w jej życiu.
Jednak teraz, nic z tego nie miało znaczenia. Siedziała w kącie, skulona w sobie, panicznie bojąc się żyć. Być może była to raczej obawa przed śmiercią, a może strach przed przywiązaniem do egzystencji. Kiedyś wierzyła w Boga, wyznawała zasady swojej religii i co niedziela posłusznie chodziła do kościoła. Jednak czas sprawił, że jeśli zauważała Boga, to tylko po to, by powiedzieć mu prosto w twarz, że nie istnieje i jest zwykłym oszustem zwodzącym ludzi nadzieją, która nigdy nie zostanie zrealizowana.
*
Był taki czas, kiedy czuła się szczęśliwa. Pamiętała wszystkie radosne chwile, tak nieliczne we wspomnieniach. Zanim na jej duszy nie zaległ mrok ciemniejszy od nieprzeniknionej nocy, zanim Bóg nie udowodnił jej ostatecznie, że wartości, które wydawały się tak ważne, wartości takie jak wiara, nadzieja, wolność, marzenia… i miłość, to nic innego jak tylko propaganda dla mas. Zdawała sobie oczywiście sprawę, że Bóg nie udowodnił jej tego od tak. Tak jak każdy człowiek, bowiem ciągnęła za sobą bagaż doświadczeń przeszłości. A mosty, które mogłyby dać nadzieję na odkupienie win, wszystkie spaliła własnoręcznie. Ten błąd, za który płaciła przez całe życie spowodowany był nierozwagą, impulsywnością niepowstrzymaną. Zawsze to uczucia brały górę i determinowały jej zachowanie. Tak i teraz, gdy podejmowała decyzję o pozostawieniu świata samemu sobie, uczucia zwyciężyły.
Postanowiła porzucić ten świat, w którym wszystkie ideały upadły, tak, aby o tym zapamiętał. Decyzję podjęła już rok wcześniej, aby móc przygotować wszystko perfekcyjnie…
wtorek, 13 września 2011
O energii słów kilka...
Wyobraź sobie ciemność.
Wychodzisz wieczorem, nie widzisz dokąd idziesz.
Przewracasz się. Wpadasz na innych ludzi. Gubisz się.
Nie wiesz, gdzie jesteś.
Wyobraź sobie bezradność. Zimne jedzenie. Lub jego brak.
Idziesz do sklepu, lecz widzisz tylko pustkę.
Wyobraź sobie życie.
Niknie. Przestajesz słyszeć oddech. Krzyk noworodka cichnie.
Czy to nas czeka?
Wychodzisz wieczorem, nie widzisz dokąd idziesz.
Przewracasz się. Wpadasz na innych ludzi. Gubisz się.
Nie wiesz, gdzie jesteś.
Wyobraź sobie bezradność. Zimne jedzenie. Lub jego brak.
Idziesz do sklepu, lecz widzisz tylko pustkę.
Wyobraź sobie życie.
Niknie. Przestajesz słyszeć oddech. Krzyk noworodka cichnie.
Czy to nas czeka?
poniedziałek, 12 września 2011
Ze starej szuflady - Gdy budzę się w nocy
Był kolejny szary dzień. Wracałam do domu brudnym autobusem komunikacji miejskiej. Smutne twarze smutnych ludzi, którzy znów się gdzieś spieszyli. Za oknem przemykały szare domy, puste place zabaw, drzewa bez liści. Zaczęło padać. Pierwsze ciężkie krople uderzyły w szybę autobusu. Spływały po niej zacierając całą rzeczywistość. Niczym ślepi wojownicy, atakowały na oślep. Ludzie dookoła mnie z niechęcią popatrzyli za okna.
W autobusie panowała cisza, przerywana jedynie cichą muzyką z radia kierowcy. Właśnie zaczęła lecieć piosenka „Prócz Ciebie nic”. Świat faktycznie pędził na oślep. Wokół mnie było tylko zniechęcenie i zmęczenie. Wzburzone morze, w którym nie miałam stałego lądu. Już nie. Spojrzałam za okno. Jakaś para szła za rękę. Ich wyspę pośród oceanu. Jedyną ucieczkę od rzeczywistości tak smutnej i szarej. Zwłaszcza w taki dzień. Wiedziałam, że nie mam nic. Zdałam sobie sprawę, że już zawsze będzie się budził koło innej. A ja wciąż, gdy budzę się w środku nocy, rozpaczliwie szukam jego ramienia, na którym miałam się opierać całe życie. Ramienia kogoś, kogo pokochałam, kocham i będę kochać. Szukam jego dłoni, której dotyk dodawał pewności siebie. Szukam uśmiechu, który wypełniał moje życie słonecznym blaskiem. Szukam oczu, które wpatrywały się w moje oczy. Ale nie znajduję. Szybko zdaję sobie sprawę, że tego już nie ma. Że już tego nie odzyskam. Potem wraca świadomość, że się z tym pogodziłam. Wraca wiara, jedyna, jaka mi pozostała. Wraca nadzieja, że jeszcze będę szczęśliwa. Nie wiem, kiedy, gdzie i z kim, ale muszę wierzyć, ze będę, bo inaczej równie dobrze mogłabym umrzeć dziś, co za 60 lat bez wiary. I tak w momencie, gdybym się poddała, moje życie by się skończyło. Przypominam sobie, że mam wspaniałych przyjaciół, którzy zawsze, niezmiennie mnie podniosą, ilekroć nie upadnę. Wiem, że będą mnie trzymać za rękę, by znów pociągnąć mnie do góry, gdy zacznę spadać. Zbyt wiele się stało. Zbyt łatwo było losowi zagasić coś, co miało być wielkie. Zaczynam rozumieć, że już nie mogłabym z nim być. Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Ktoś inny będzie blisko mnie. Ktoś inny będzie mi podawał dłoń, aby mi pomóc. Ktoś inny oprze mnie o swoje ramię, gdy nadejdzie zwątpienie.
Deszcz przestał padać.
Mija czas, a ja ciągle budzę się w środku nocy… Chociaż dziś już wiem, że jest nadzieja. Że nie tylko naiwni wierzą. I być może kiedyś przestanę się budzić i szukać, zanim nie przypomnę sobie, co się stało.
niedziela, 11 września 2011
Gdy jesień kolorami obsypie świat cz. 2
Kiedyś, wcale nie tak dawno, dawno temu, żyła sobie dziewczyna. Nie bardzo uzdolniona, nie wyróżniająca się, nie należąca do kobiet wybitnie pięknych. Taka zwykła, codzienna, lekko szarawa. Miała głęboką osobowość, wielowymiarową. Myśli jej - nieodgadnione. Lubiła stare parkowe aleje. Lubiła jesień, tylko wtedy czuła się sobą.
Z jednej strony ostatnie ciepłe dni, kolor liści na ścieżce, lekki i ciepły wiatr. Z drugiej zbliżająca się zima. Drzewa usypiające przed nadejściem zimna, pierwsze deszcze, pierwsze zimne dni. Nadchodząca nostalgia, wczesne zachody słońca, myśli zamknięte w dłoniach trzymających kubek ciepłej herbaty.
Nie miała nikogo. Może poza kotem, który na co dzień żył we własnym świecie i niewiele go obchodziło, poza prozaiczną pełną miską. Żyła w małym mieszkaniu na przedmieściu wielkiego miasta. Pracowała na posadzie, która nie spełniała jej ambicji. Jej kontakty z ludźmi ograniczały się do kilku zdań wypowiadanych codziennie - w sklepie, autobusie i biurze. Nie była szczęśliwa, jednak nie zobaczyłbyś na jej twarzy smutku. Wydawać by się mogło, że nic nie ma, ale nie płacze nad swym losem.
Być może pogodzona z tym, jak jej życie wygląda, podążała ścieżką, której cel zdawała się znać.
Pewnego ranka wstała i wiedziała, że coś jest inaczej. Jak co dzień, umyła zęby, zjadła śniadanie i założyła elegancki strój. W jej życiu, jak co dzień, panował idealny porządek. Przed wyjściem z domu, spojrzała w lustro. Poprawiła kosmyk włosów, który się nierówno układał. Tak, teraz dobrze. Wszystko jest jak wczoraj, wszystko jest tak, jak będzie jutro. To tylko głupi sen, głupie przeczucie. Przecież ona nie chce, aby cokolwiek się zmieniało. Po co? Skoro dobrze jest tak, jak jest?
Ale czy było dobrze? Jak co dzień wyszła z domu o tej samej godzinie. Jak co dzień wsiadła w ten sam autobus i pokonała tą samą drogę do pracy.
Naprzeciwko niej usiadł starszy człowiek. Lekko zgarbiony, siwy i o lasce. Ubrany w elegancki garnitur, sapał ciężko, jakby nie mógł oddychać. Oczy miał zamknięte.
- Przepraszam. Wszystko z panem w porządku? Dobrze się pan czuje?
Mężczyzna zdumiony spojrzał na nią ciemnobrązowymi oczami, w których taiła się głębia, jakiej jeszcze nie widziała. Uśmiechnął się. Nie odpowiedział.
Zrobiło się jej głupio. Mogła się nie odzywać. Mogła jak co dzień wyglądać za okno, nie zauważając ludzi w autobusie. To głupie, po co zastanawiać się, jakim życiem żyją inni ludzie? Przecież ma swoje, wystarczające. Nie potrzebuje więcej. Odwróciła wzrok.
Po chwili autobus zatrzymał się na przystanku. Usłyszała tylko:
- Przyjdzie wiatr zmian, dziecko.
Spojrzała na miejsce, na którym przed chwilą siedział mężczyzna. Było puste. Leżał na nim jedynie mały, żółty, jesienny liść.
Ostatni letni zachód słońca
Tam, na horyzoncie słońce zachodzi.
Ostatnie lub jedno z ostatnich letnich. Na bezchmurnym niebie, wielka czerwona kula toczy się po niebie. Wieje lekki, ciepły wiatr. Ciszę zakłóca jedynie śmiech dzieci. Leniwie chodzi wentylator. Rozwiewa całodzienny żar, który lał się z nieba.
Na drzewach żółkną już liście. Natura przygotowuje się do zimy.
Spokojny, miarowy oddech. Dziecko śpi. Słodka twarzyczka. Padł zmęczony zabawą.
Czy wiesz, jakie to uczucie? Czy wiesz, jak bardzo miłość może przepełniać człowieka? Wydawać by się mogło, że zaraz będzie jej zbyt wiele. Że się nie zmieści. I każdego dnia jej ilość się zwiększa. I moc tej miłości. Bezgranicznej, nieskończonej, najważniejszej.
Pierwsze łzy... Pierwszy śmiech... Wszystko pierwsze.
I to bezgraniczne zaufanie.
Słońce zaszło. Nadchodzi noc.
czwartek, 8 września 2011
O kubku herbaty i ciepłych skarpetkach
Herbata czarna myśli rozjaśnia
A list twój sam się czyta
Że można go śpiewać, za oknem mruczą bluesa
Topole z Krupniczej...
SDM
Przyszła jesień. Deszcz za oknem. Plucha.
Nic tylko zaparzyć kubek herbaty, założyć ciepłe skarpetki i usiąść z dobrą książką przy kominku.
Tylko nie ma czasu na herbatę, skarpetki schowane, bo przecież jest lato, na książkę nie ma czasu, a kominka brak.
Jednak wystarczy zamknąć oczy. Przez okno wyobraźni spojrzeć na świat. Przypomnieć sobie to, co daje siłę, chęć, pragnienie brania z życia, co najlepsze. Całymi garściami zagarniania dla siebie.
Ja widzę góry. Widzę mgłę. Widzę wodę.
Kominek w małym domku na szczycie. Ciepłe skarpety wełniane. Kubek czarnej herbaty. Rozjaśnione myśli. List od przyjaciela. Uśmiech. Rytmiczne uderzanie kropel deszczu o szybę.
Już piąta. Wstaje nowy dzień. Mgła opada i świat ze snu się budzi...
środa, 7 września 2011
Gdy jesień kolorami obsypie świat
Długa parkowa aleja. Stara brama, obrośnięta bluszczem. Pomarańczowe niebo rozświetlone przez zachodzące słońce. Zawiał wiatr.
Kolorowe liście spadające z drzew. Jesień idzie. Jesień przyszła. Jesień przejdzie.
Tylko tam, tylko wtedy można to poczuć. Coś przemija, lecz przyjdzie coś nowego.
Stała tam i patrzyła, jak dzieci biegają po parku. Zamknęła oczy, czując na twarzy delikatny podmuch. Nadal jest szansa, nadal nadzieja. Poczuła w sobie siłę. Przecież nadal mogła zrealizować swoje marzenia. Przecież nic nie przepada na zawsze. Podobno chcieć, to móc.
Vouloir c'est pouvoir. Nowe motto. Nowe życie. Nowa nadzieja.
Ruszyła powolnym krokiem wzdłuż alei. Krótkie jasne włosy oświetlone przez słońce, zdawały się mieć kolor rudy. Niebieskie oczy, uważnie obserwowały świat. Była wysoka i szczupła. Mógłbyś pomyśleć modelka, jednak w jej ruchach brakowało pewności. Zawiał wiatr, poruszając połami jej żółtego płaszcza. Słychać było szelest liści i śmiech dzieci. Zamknij oczy, wsłuchaj się w ten dźwięk. Przypomnij sobie, jak byłeś takim dzieckiem. Radość - czysta, ruch - szybki, strach - wielki. Czyż to nie cudowny i prosty świat?
O tak, dużo myślała. Tysiące myśli kłębiło się w jej głowie. Często tak niezrozumiałych, że nie próbowała nawet ubierać ich w słowa. Lecz teraz wiedziała jedno. Przyszedł wiatr zmian.
Jak chwila może zmienić nastawienie...
Stało się.
Blog zaistniał.
No i cóż poradzić. Pomyślałam, napisałam, przeczytałam i zrobiłam. Bez zastanowienia, bo tak może lepiej.
W każdej chwili przecież mogę skasować. Albo udawać, że to nie ja.
Pisać zamierzam.
O tym, o tamtym. Może nawet będzie się dało to przeczytać.
Może jakąś beletrystykę w odcinkach tworzyć. Abstrakcje również.
Boję się aż. Tak dawno słowa nie przechodziły przez moją głowę. Wiatr je wywiał. Wiatr zmian.
Tyle się działo, na słowa nie było miejsca. A tyle one mają do powiedzenia. Mi, Wam, Im.
Zobaczymy, co przyniesie jutrzejszy podmuch.
Jesień idzie.
Nie ma rady na to.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
