środa, 19 października 2011

Pożegnalny wieczór


"Rozumiem ja nie jestem tą potrzebną nade wszystko
wiem ona czeka, niech poczeka, koniec wieczoru blisko
rozumiem zdajesz się na wiatr, do nowych portów płyniesz
napijmy się do dna, do dna, niczemu nikt nie winien"

wtorek, 18 października 2011

Ze starej szuflady - Zbieg okoliczności

 - Halo! – powiedziałam - Tu Okoliczność Pierwsza! Urządzamy TAJNY ZBIEG! Za pół godziny tam, gdzie zawsze! Przekaż dalej.

Musiałam się pospieszyć, bo na Starówkę miałam dość daleko. Założyłam czarne ciuchy i złapałam plecak. Po raz ostatni przejrzałam się w lustrze. Wyglądałam nieźle. Spojrzałam na zegarek - było późno. Przez to wszystko dopiero w autobusie zorientowałam się, że nie wzięłam najważniejszej rzeczy, a mianowicie naszej „Księgi”. Musiałam po nią wrócić, bo nasze spotkanie okazałoby się kompletną stratą czasu. Jak ja żałowałam, że nie mogę używać moich zdolności przy ludziach! Byłoby dużo szybciej.

Zanim dobiegłam do domu zabiłam się pare razy. W końcu, która wiedźma, spiesząca się po „Księgę” patrzy na coś takiego jak przejeżdżający samochód. Na szczęście jesteśmy nieśmiertelne. A tak w ogóle, to mam na imię Julia i jestem czarownicą.

Wybiegając z domu wpadłam na Tomka, mojego sąsiada. Dość dziwnie, przyznam, popatrzył na wielki tobół, który trzymałam w ręku. Czy mówiłam już, że Tomek jest bardzo, ale bardzo przystojny ii bardzo, ale to bardzo interesujący? Nie? Jakże mogłam to przegapić?

Przez to niespodziewane spotkanie na miejsce spotkania dotarłam dopiero pół godziny po czasie. Dziewczyny były wściekłe. I chybaby mnie zabiły, ale jak wiadomo, jest to niemożliwe. Spojrzałam, więc na nie bardzo przymilnie i ładnie przeprosiłam.
 - Dlaczego się spóźniłaś? – spytała Okoliczność Druga, czyli Patrycja.
 - Co ty sobie w ogóle myślisz? Że masz szczególne chody, bo jakąś wiedźmą jesteś? – chciała koniecznie wiedzieć Okoliczność Trzecia, Kinga. – No dobra, może i jesteś. Przyznaj się! Spotkałaś Tomka!
 - Eeee… No i dlaczego mam przyjaciółki, które imają się magią? – spytałam sama siebie.
 - Przyznaj się, albo… He, he, he… Urządzimy Sąd Wiedźm! – straszyła Patrycja.

Chcąc nie chcąc musiałam powiedzieć prawdę. Zresztą i tak ją znały, więc… Cóż to była za różnica. Zamiast się tłumaczyć, poszłam w stronę naszej tajnej bazy. Kiedy tylko znalazłyśmy się w piwniczce, rozłożyłam „Księgę” po środku kręgu. Pati, Kinga i ja usiadłyśmy dookoła.
 - Witajcie siostry czarownice… - zaczęłam recytować regułkę – Witaj, mocy. Zebrałyśmy się, ponieważ Okoliczność Druga miała wizję.

Patrycja zamknęła oczy. Powoli zaczęła zapadać w trans. Recytowała tylko sobie znaną regułkę, która miała odtworzyć wizję. Tylko ona ją znała, gdyż tylko ona dostała umiejętność odbierania magicznych przekazów.
 - Ciemno… Stworzenie… Przepowiednia… Skrzydła nie do nieba… Ciemno…

W tej samej chwili, gdy Pati skończyła, upadła na podłogę nieprzytomna. Świadczyło to o powadze tej wiadomości. Kinga rzuciła się na pomoc Okoliczności Drugiej i rzuciła na nią czar uleczenia. Jej specjalność. Ja natomiast zaczęłam się zastanawiać, co mogła ta wiadomość znaczyć, ale przede wszystkim, kto ją do nas wysłał. Żadnego podpisu, żadnej wiadomości poprzedzającej. Coś stanowczo było nie tak.

Gdy tylko Pati się obudziła postanowiłyśmy się rozejść w celu poszukania informacji i spotkać o 18 pod Kolumną Zygmunta. Ja ruszyłam na zwiady po Starym Mieście. Na ulicy Jezuickiej, tuż przy rynku znajdował się bowiem sklep. Ale nie był to zwykły sklep. Sprzedawano tam świece, jednak, gdy ktoś wiedział, co powiedzieć, można było tam dostać nie tylko wielkie księgi czarów, ale również każdego rodzaju sprzęt magiczny. Ja natomiast szukałam jeszcze czego innego, a raczej kogo innego. Weszłam do sklepu i zaczęłam oglądać świece. Poczekałam, aż sklep opustoszał, po czym podeszłam do lady, spojrzałam na sprzedawcę i powiedziałam:
 - Arientis

Co oznaczało nic innego, jak wejście w języku magii. Facet się zdziwił. Przyznam, że ja również, bo był bardzo młody, a zwykle pracował tu staruszek. Sprzedawca spojrzał na mnie dziwnie i zapytał:
 - To jakiś nowy rodzaj świec?? Przepraszam, ale to mój pierwszy dzień pracy i jeszcze nie we wszystkim się orientuję.

Aha, czyli źle trafiłam. Jeszcze mu nie powiedzieli, że ma magiczną moc… A może…?? Och, no dobra nie uświadomię go. Niech już oni się tym zajmą.
 - Czy jest pana starszy współpracownik?? On będzie wiedział, o co…
 - Witaj. Arientis – przywitał mnie pan Stanisław, a właściwie czarodziej Stanisław.

Powiedziałam, co wiedziałam. Uzyskałam niezbędne informacje i ruszyłam w kierunku Kolumny. Miałam jeszcze sporo czasu, ale i tak nie miałam co z sobą zrobić. Nie spodziewałam się oczywiście, że „COŚ” zapełni mój czas. A to „COŚ” okazało się być Tomkiem. Wpadłam na niego po drodze.
 - O cześć! Co tu robisz?
Odpowiedź średnio mi się spodobała.
 - Jestem tu, bo Ty tu jesteś, panno Okoliczność. Którą jesteś?

I w tym momencie musiałam wykorzystać moją specjalność. Zatrzymałam czas. Nie mogłam pozwolić, by nasze poczynania wpłynęły na świadomość ludzi. Wystarczy już tych czarów przy nich.
 - Skąd wiesz??
 - A więc nie zaprzeczasz? – spytał Tomek. Jego oczy były teraz krwiście czerwone. I wreszcie zrozumiałam, dlaczego tak mnie do niego ciągnęło. Wampir. Zawsze ciągnęło mnie do wampirów.
 - Jesteś wampirem… Jasna cholera. Czy choć raz facet, który mi się podoba nie mógłby się okazać NORMALNYM facetem??

Tomek patrzył na mnie zdziwiony.
 - Słuchaj – kontynuowałam – Masz pewną moc magiczną, a ja potrafię sprawić, że nie będziesz już wampirem, a nadal będziesz nieśmiertelny. Nie musisz służyć już nikomu. Zwalniam cię z tego – i tu uczyniłam odpowiedni gest – teraz warunek: Musisz nosić już zawsze srebrny krzyż…

Wampirek spojrzał na mnie jak na nienormalną. Postanowiłam się odkryć i wyjęłam mój krzyż.
 - Słuchaj, ja też byłam wampirem. Patrycja mnie uzdrowiła. Każdy z byłych wampirów może uzdrowić jedną osobę.

Chyba mi uwierzył. Przynajmniej taką miałam nadzieję. Bo jeśli nie… To koniec. Wampiry są od nas silniejsze. A Tomek naprawdę mi się podobał i szkoda mi takiego faceta zakołkować. Co by mogło się udać w najbardziej optymistycznym rozwiązaniu całej sprawy.
 - To co?? – ponagliłam
 - Zgoda. – odpowiedział niechętnie.

Wypowiedziałam magiczną formułę stając się wreszcie pełnoprawną Okolicznością. Tomek uniósł się, a czar zaczął działać. Po chwili było po wszystkim. Podałam byłemu wampirowi srebrny medalik, który już nie mógł go zranić. Przepowiednia się skończyła, o czym nieomieszkałam powiadomić Pati i Kingi, gdy tylko spotkałyśmy się pod Kolumną Zygmunta.

niedziela, 16 października 2011

W lesie listopadowym


Siedząc w smutnym, szarym mieście, marzę o wyrwaniu się poza krąg spalin i brudnych ulic. O górach, polach i jeziorach. O szumie wiatru. O szeptach jego nieskończonych. O szlaku poprzez las. O bukach, co prowadzą Cię drogą w nieznane. 
Kręta droga życia, której cel czujesz tylko tam. Na górze wysokiej, na której dom stoi. 
Wokół lasy, wokół wiatr, wokół cisza.
Las listopadowy, zatopiony w kolorach jesieni. Drozdów śpiew, wiatru świst, spokój nieskończony.

Tam być. Tam żyć. Tam istnieć.

sobota, 15 października 2011

Wędrówką życie jest człowieka


Wędrowanie celem.
Idzie człowiek poprzez świat, codziennie przemierzając swą drogę. Przeznaczenie wiedzie go szlakiem jego dni. 

Czy los jest zapisany? Czy nie można go zmienić?
Wybieramy swą drogę czy jest nam ona przeznaczona? Skąd wiedzieć dokąd pójść, którą wybrać z dróg? 

Jedni wierzą, że losu nie da się zmienić. Inni, że sami jesteśmy jego kowalami. Komu wierzyć? Czy skazanemu na daną drogę walczyć i ją zmieniać, gdy wszystko mówi: "Nie rób tego!"? Czy też samemu rzeźbić szlak, którym się podąża?

Tyle pytań, żadnych odpowiedzi. A gdyby tak istniała księga, w której znaleźć można by było wszystkie odpowiedzi? Pewnie ludzie by ją zniszczyli. Nie można wiedzieć wszystkiego.

piątek, 14 października 2011

Cisza...

Słowa umarły...
Białe kartki niezapisanego zeszytu świecą pustką.
Pieśń zamilkła pozostawiając osamotnioną melodię.
Poeta zamarł nad swą pracą.
Pozostała tylko cisza.